Archiwa tagu: podział obowiązków

Świadomy praw i obowiązków wynikających z założenia rodziny… czyli o wsparciu

Przychodzą takie momenty w życiu, kiedy usilnie poszukujemy wsparcia w bliskich nam osobach. Odwzajemnione poczucie bycia kimś dla kogoś i po coś trzyma mocno za kark, nawet najtwardsze elementy społeczeństwa. Spadek emocjonalnej formy, łupanina w głowie – jak techno u sąsiada spod piątki.

W obliczu ostatnich wydarzeń, moje oczekiwania względem wkładu Małża w życie rodzinne wzrosły dość znacząco – wprost proporcjonalnie do natężenia sytuacji stresowych; chyba również jako wypadkowa jego tygodniowej nieobecności i wrzucania wszystkiego na moją (już i tak podtrzymywaną tylko przez stelaż z uśmiechów Kurki) głowę. Moje przekonanie o tym, że należy mi się właśnie teraz wsparcie absolutne, zderzyło się z totalnym jego brakiem. I klops.

Zaczęłam się zastanawiać, czy to się mogło kiedykolwiek udać; może matki wcale nie powinny liczyć na wsparcie ojców w procesie wychowywania piskląt…? A może to my jako matki „idealne”, lub dążące do wyidealizowanej wersji siebie jesteśmy zbyt…naiwne…? Może zbyt wymagające? Może zbyt wiele oczekujemy od tacierzyńskiego ego, zbyt mocno identyfikujemy potrzeby dziecka z partycypacją obojga rodziców w ich zaspokajaniu…?

Tak, czuję zazdrość patrząc na ojców tak aktywnie uczestniczących w procesie wychowywania dziecka. Mój ojciec po prostu był, zarabiał pieniądze, czasami przywiózł cukierki, wracał późno z pracy, czasami nakrzyczał. Nie ingerował w to, jak i czego się uczymy, nie spędzał z nami czasu. w moich oczach – jako dziecka – był surowym tatą, właśnie dlatego, że był taki niedostępny.

U nas niestety na linii Ja – Małż tez chyba powstał pewien error. To w takim samym stopniu moja zasługa -głównie dlatego, że nie potrafiłam w porę zareagować, w porę walnąć pięścią w stół, mieć swoje zdanie.

Brak ojcowskiej inicjatywy w pierwszych tygodniach życia dziecka, w przypadku naszej Kurki był dość znaczący. Moje zachęty do oglądania niemowlęcej kupy i płacz z byle powodu chyba nie były na tyle przekonujące, by jednak wreszcie nastało włączenie się Małża w tryb ON. Mimo, że zachwyt nad pielucha był prawdziwy, łzy również. Nastała frustracja ogólna. Nastał nawet konflikt na tle metod wychowawczych. Są między nami różnice w postrzeganiu zachowania naszego dziecka, których ja nie potrafię zmienić, uznać ani zaakceptować. Nie ukrywam, że bliżej mi do tzw. rodzicielstwa bliskości, choć tez nie przyszło mi to łatwo. Dla Małża liczy się  przystosowanie do brutalnego życia, dyscyplina, samokontrola, samorealizacja, samowystarczalność (czasami myślę, że to taki dziecięcy Bear Gryliss). No i kluczowy element: analogia pt. dziecko płacze = dziecko wymusza. A przecież nie zawsze tak jest. Kurka potrafi komunikować potrzeby innymi sposobami niż płacz, ale to nie znaczy, że każdy jej ryk to wymuszenie.

Wracamy do magicznego słowa WSPARCIE. Na dziś otrzymuję je w postaci ciągłych przytyk typu: „Ty nie potrafisz sobie poradzić z tym/owym; „Ciebie boli, ze Kurka idzie do żłobka…”; „zbyt się z nią cackasz…”. Doskonale wiem, że z pewnymi problemami nie potrafię sobie poradzić; nie oczekuję utwierdzania mnie w tym przekonaniu a pomocy w uporaniu się z negatywnymi emocjami, które są przez te sytuacje nawarstwiane.

Wsparcie, to też rezygnacja z pewnych własnych dążeń i ambicji, jeżeli sytuacja i wspólne dobro tego wymaga. Rodząc Kurkę, nie liczyłam na wieczną imprezkę i sztuczne ognie, sielankowe życie. Doskonale wiedziałam, że kurnikowe życie da mi popalić. Dało. I jeszcze bardziej opali pióra, jeśli nie ogarniemy się oboje.

slonce

Grzejemy się z Kurką we wrześniowym słońcu. Kiedyś przyjdą lepsze dni.