Archiwa tagu: krzywda

siniaczek

Lekko szary, malutki, na boku brzuszka. Uderzyła się, pewnie w trakcie zabawy. Łobuz.
Strasznie mała rzecz, a gdy go zobaczyłam, w jednej chwili pomyślałam: co jeśli to nie byłby siniak, taki „z zabawy”, efekt dziecięcej beztroski?

Kurka już nie raz dostała po łapkach – za szczypanie, gryzienie, kąsanie. Nie mocno, zazwyczaj wtedy, gdy inne metody (zazwyczaj werbalne) zawodziły. Dopiero po przeczytaniu TEGO zdałam sobie sprawę, że to nie metody zawiodły, tylko ja sama. To straszne, ale dopiero urodzenie dziecka obnażyło to, jak słabą jestem osobą. Zawsze było we mnie pewne wycofanie, nikłe symptomy asertywności – być może jako część okrutnej socjalizacji w grupie rówieśniczej, często podsycana zwykłą nieśmiałością i brakiem pewności siebie – mam wrażenie, że zrobiły ze mnie tak wadliwy egzemplarz matki.

Zawsze byłam wobec siebie bardzo krytyczna; jako dziecko ani ja, ani moja rodzina nie posiadaliśmy zbyt wiele, więc chyba przytłaczała mnie materialna przewaga moich koleżanek i kolegów. Próbowałam nadrabiać ambicjami, rozwijaniem zdolności. Wychodziło różnie.
Na obecnym etapie, mam wrażenie, ze swoje frustracje wywlekam na światło dzienne kosztem mojego dziecka. Zaczynam je postrzegać, jako takie małe, psychiczne siniaki, zazwyczaj wyrządzone krzykiem i złością. Od jakiegoś czasu, Krzyk jest dla mnie jak wypuszczanie powietrza przez wentyl emocji, wprost na psychikę Kurki. Nie popieram krzyku, jako środka dyscyplinującego, traktuję jako formę przemocy, ale jednocześnie nie mogę przestać. Zabrzmi to strasznie, ale przez krzyk zwykłam podkreślać swoją wyższość i poczucie władzy nad moim dzieckiem. Im częściej o tym myślę – że muszę coś zmienić w tej materii, że nie tędy droga, że muszę nad sobą panować – tym częściej reaguje na trudne sytuacje krzykiem. Niemoc opanowania tego uczucia znowu powoduje frustrację i zapętlam się na dobre…

1458705_753704304662564_5631659575391752662_n
Mam ogromne poczucie winy. Nie jest żadnym wytłumaczeniem nadreaktywność dziecka, jego zły humor, nieposłuszeństwo. Traktuje to, jako fatalną porażkę mojego dotychczasowego macierzyństwa.

Choć nie zamierzam siebie tłumaczyć, to mam pewną teorię, zgodnie z którą ten stan umysłu, w którym teraz się znajduję, przyczynia się również wizja kobiety-matki kreowana przez media: supermama, karmicielka z wielkimi piersiami, jednocześnie fit-mama katująca swoje ciało na treningu 7 razy w tygodniu, nie podająca dziecku kukurydzy (bo z GMO), gardząca zupkami ze słoika (no bo jak to tak, gotowca?!!!), stroniąca od fastfoodów (to akurat rozumiem, choć Kurka smak frytek i kotleta wołowego zna), oczywiście w swym lśniącym domu, niczym z katalogu czy ekspozycji sklepowej. To przecież takie oderwane od rzeczywistości…! My, matki, przecież nie jesteśmy chodzącymi ideałami…! nie mamy idealnych ciał, mamy rozstępy i cellulit, małe biusty i nie nosimy kostiumu supermana (a raczej superwoman:-). Tak jak nasze dzieci są różne, tak i my jako matki różnimy się od siebie, nie tylko w aspekcie wychowania i sposobów na okiełznanie swoich dzieci. I żeby nie było niedomówień, a ja nie uznana za feministkę (świetny temat na następny post, nieprawdaż?) tatusiowie są częścią tej różnorodności. Dzięki temu, ze przekazujemy swoim dzieciom wzorce-zazwyczaj bardzo podobne, ale na różne sposoby, uczymy je podobnych rzeczy, ale zróżnicowanymi metodami, nasze dzieci też są różne. Nie chodzi o skrajny indywidualizm, ale podkreślenie odrębności mojego dziecka, wśród innych – każde dziecko ma przecież indywidualne potrzeby i wymagania. Matki też nie mogą być wszystkie takie same, a już z pewnością wszystkie nie są idealne. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że właśnie prawie wszystkie jesteśmy wadliwymi egzemplarzami matek!

Tears-2

Bardzo często powracam do TEGO tekstu.Imponują mi pokłady siły, jakie znalazł autor właśnie po to, by zmienić w sobie coś, co obniżało jakość życia jego i jego rodziny. u mnie nie jest tak, że krzyczę za każdym razem. Przychodzi po prostu spadek formy psychicznej i sama w krytycznym momencie chyba nie chcę poszukiwać alternatywy – krzyczeć przecież jest prościej. Jedyne, co pozwala mi ogarnąć siebie, to przekonanie, że moje dziecko przecież zasługuje na lepszą matkę, lepszą wersję samej mnie, prawda…?