Archiwa kategorii: Osobiste

w poszukiwaniu własnego miejsca

Siedzę dzisiaj sama z Kurką. Dzień dla nas, dzień na rozmyślanie. Bo nie musi kipieć obiad, nie trzeba sprzątać, chlastać szmatą po oknach.

Od pewnego czasu odczuwam coraz silniejszą potrzebę zmiany. A właściwie ZMIANY przez duże Z. Zmiany pracy, otoczenia, przyzwyczajeń, rytmu dnia. Może nawet miejsca zamieszkania. Generalnie, zaczęło się od przytłaczającego uczucia marnowania się w pracy, potęgowane wiecznym powtarzaniem teściowej, że przecież stać mnie na cos dużo lepszego, że przecież jestem ambitna, zdolna, że powinnam szukać czegoś bardziej… prestiżowego…? No właśnie, moja praca jest czysto zarobkowa i głównym problemem nie jest to, że jej nie lubię, tylko świadomość, że jest zupełnie inna niż moje wyobrażenia na temat miejsca w którym chciałabym się teraz znajdować. Ona po prostu nie daje mi tego czegoś magicznego – SATYSFAKCJI. Właśnie w tej kategorii praca może być dla mnie prestiżem i luksusem – jeśli spełniam się w tym co robię; wyznacznikiem nie jest garsonka i własne biurko, wypasiony identyfikator, a nawet uznanie w oczach innych.

Mieszkamy w obecnym miejscu od dwóch lat. Odkąd jesteśmy razem, towarzyszyło nam widmo spełniającej się przepowiedni w postaci przeprowadzki – najpierw wymagała tego moja praca, potem praca Małża. Chyba nigdzie nie zagrzaliśmy miejsca dłużej niż na dwa lata. Być może tutaj tkwi problem – może potrzebuję nowych doznań, świeżości nowych miejsc, nowej sytuacji.

Niestety, poczucie zmiany bywa przytłaczające. W naszym wypadku – ani nie mamy czasu na zmiany, ani też bardzo kluczowego w tym wszystkim elementu – funduszy na tyle pokaźnych, aby móc sobie pozwolić na zmiany. Myślę, że oboje tego chcemy i oboje czujemy frustracje z brakiem możliwości w tym zakresie. Mimo, ze nie rozmawiamy ze sobą na ten temat.

W ogóle ostatnio rozmawiamy bardzo mało. Mijamy się. W drodze do lub z pracy.

Kiedyś braliśmy pod uwagę osiedlenie się w Bieszczadach. Często wraca do mnie ta myśl, a im częściej, tym bardziej użalam się nad swoim obecnym położeniem. Powiesz, drogi Czytelniku: przestań się nad sobą pastwić, zacznij działać!!!! Gdyby to było tak proste – jadę, rzucam wszystko. Ale tak nie można.

ksowa

Jestem głęboko przeświadczona o tym, że to nie jest moje miejsce, ale skoro nie mam innego…?

 

Świadomy praw i obowiązków wynikających z założenia rodziny… czyli o wsparciu

Przychodzą takie momenty w życiu, kiedy usilnie poszukujemy wsparcia w bliskich nam osobach. Odwzajemnione poczucie bycia kimś dla kogoś i po coś trzyma mocno za kark, nawet najtwardsze elementy społeczeństwa. Spadek emocjonalnej formy, łupanina w głowie – jak techno u sąsiada spod piątki.

W obliczu ostatnich wydarzeń, moje oczekiwania względem wkładu Małża w życie rodzinne wzrosły dość znacząco – wprost proporcjonalnie do natężenia sytuacji stresowych; chyba również jako wypadkowa jego tygodniowej nieobecności i wrzucania wszystkiego na moją (już i tak podtrzymywaną tylko przez stelaż z uśmiechów Kurki) głowę. Moje przekonanie o tym, że należy mi się właśnie teraz wsparcie absolutne, zderzyło się z totalnym jego brakiem. I klops.

Zaczęłam się zastanawiać, czy to się mogło kiedykolwiek udać; może matki wcale nie powinny liczyć na wsparcie ojców w procesie wychowywania piskląt…? A może to my jako matki „idealne”, lub dążące do wyidealizowanej wersji siebie jesteśmy zbyt…naiwne…? Może zbyt wymagające? Może zbyt wiele oczekujemy od tacierzyńskiego ego, zbyt mocno identyfikujemy potrzeby dziecka z partycypacją obojga rodziców w ich zaspokajaniu…?

Tak, czuję zazdrość patrząc na ojców tak aktywnie uczestniczących w procesie wychowywania dziecka. Mój ojciec po prostu był, zarabiał pieniądze, czasami przywiózł cukierki, wracał późno z pracy, czasami nakrzyczał. Nie ingerował w to, jak i czego się uczymy, nie spędzał z nami czasu. w moich oczach – jako dziecka – był surowym tatą, właśnie dlatego, że był taki niedostępny.

U nas niestety na linii Ja – Małż tez chyba powstał pewien error. To w takim samym stopniu moja zasługa -głównie dlatego, że nie potrafiłam w porę zareagować, w porę walnąć pięścią w stół, mieć swoje zdanie.

Brak ojcowskiej inicjatywy w pierwszych tygodniach życia dziecka, w przypadku naszej Kurki był dość znaczący. Moje zachęty do oglądania niemowlęcej kupy i płacz z byle powodu chyba nie były na tyle przekonujące, by jednak wreszcie nastało włączenie się Małża w tryb ON. Mimo, że zachwyt nad pielucha był prawdziwy, łzy również. Nastała frustracja ogólna. Nastał nawet konflikt na tle metod wychowawczych. Są między nami różnice w postrzeganiu zachowania naszego dziecka, których ja nie potrafię zmienić, uznać ani zaakceptować. Nie ukrywam, że bliżej mi do tzw. rodzicielstwa bliskości, choć tez nie przyszło mi to łatwo. Dla Małża liczy się  przystosowanie do brutalnego życia, dyscyplina, samokontrola, samorealizacja, samowystarczalność (czasami myślę, że to taki dziecięcy Bear Gryliss). No i kluczowy element: analogia pt. dziecko płacze = dziecko wymusza. A przecież nie zawsze tak jest. Kurka potrafi komunikować potrzeby innymi sposobami niż płacz, ale to nie znaczy, że każdy jej ryk to wymuszenie.

Wracamy do magicznego słowa WSPARCIE. Na dziś otrzymuję je w postaci ciągłych przytyk typu: „Ty nie potrafisz sobie poradzić z tym/owym; „Ciebie boli, ze Kurka idzie do żłobka…”; „zbyt się z nią cackasz…”. Doskonale wiem, że z pewnymi problemami nie potrafię sobie poradzić; nie oczekuję utwierdzania mnie w tym przekonaniu a pomocy w uporaniu się z negatywnymi emocjami, które są przez te sytuacje nawarstwiane.

Wsparcie, to też rezygnacja z pewnych własnych dążeń i ambicji, jeżeli sytuacja i wspólne dobro tego wymaga. Rodząc Kurkę, nie liczyłam na wieczną imprezkę i sztuczne ognie, sielankowe życie. Doskonale wiedziałam, że kurnikowe życie da mi popalić. Dało. I jeszcze bardziej opali pióra, jeśli nie ogarniemy się oboje.

slonce

Grzejemy się z Kurką we wrześniowym słońcu. Kiedyś przyjdą lepsze dni.

mama wraca do pracy, czyli o bezradności słów kilka

Jak w tytule. Wracam. Przynajmniej tak mi się wydawało. Znalazłam posadę na 1/2 etatu. Nic wielkiego, płaca średnia, ale chęć powrotu do życia społecznego, wygrzebania się spod pieluch, smarków i rozrzuconych na podłodze chrupek kukurydzianych, napawała mnie optymizmem.

Piszę w czasie przeszłym, bo jak się okazuje – nic nigdy nie jest tak, jakbyśmy tego oczekiwali. Czy mam do siebie żal, że w pewnym sensie pozostawiam dziecko…? To raczej niezrozumiała frustracja. Kiedy wyglądam przez okno i widzę matki przesiadujące w piaskownicy ze swoimi pociechami, zupełnie jak kury na grzędzie, poddaje w wątpliwość moja chęć powrotu. Czarę goryczy przelewa fakt braku możliwości gminnego dofinansowania żłobka dla Kurki, mimo wcześniejszych zapewnień właścicielki i prawdopodobny z tego tytułu przymus poszukiwań opiekunki domowej w niepełnym wymiarze.

 

Zupełnie inaczej wyobrażałam sobie mój powrót po tych dwóch latach. Nie chodzi o fanfary i konfetti, super hiper pakiet socjalny, czy pensję powyżej średniej krajowej. Wiedziałam, że dla całej naszej  trójki to będzie trudny moment, ale nie myślałam, że na tyle, aby rozważać całkowitą rezygnację z jakiejkolwiek pracy.

bez tytułu

Babcie i dziadkowie Kurki są albo czynni zawodowo, albo zbyt daleko by się nią zająć. Widok jej samej ze łzami jak ziarna fasoli, gdy zamykam drzwi żłobka – dobijający.  Jedyne co do tej pory zyskałyśmy to Kurka katar, ja anginę (no cóż, nie wszyscy rodzice wypuszczają z domu zdrowe pisklaki). Chciałabym traktować wszystkie te trudności w organizacji opieki nad Kurką jako impuls do działania, do koncentracji wysiłku nad czymś co sami wykreujemy, ale chyba nie potrafię. Zawsze byłam jeną z tych, co szklankę widzą w połowie pustą; dlaczego teraz miałoby być inaczej…? Ktoś powie: przecież tu chodzi o Twoje dziecko! No i chyba właśnie dlatego-gdyby chodziło tylko o mnie, po prostu wzięłabym to na klatę. Sprawy dotyczące dziecka są zbyt emocjonalnie obciążające. Tak już po prostu mam.

 

Inna sprawa to sam fakt, że w mojej (lub podobnej) sytuacji jest tysiące matek w Polsce: chcą iść do pracy, ale nie mogą, nie chcą iść, ale muszą, a jak już się zdecydują na któryś wariant, to albo brakuje pieniędzy na życie, albo czasu by móc posiedzieć z własnym dzieckiem w piaskownicy. Jak kura na grzędzie.

 

Obecnie rozważam pomoc niani. Biorąc pod uwagę ceny w Naszym Mieście, to chyba będę zmuszona sprzedać własne organy. Mówią, że jeśli chce się zmieniać świat, to należałoby zacząć od siebie i faktycznie coś w tym jest. Nie mam na siebie pomysłu, trochę mnie wyjałowiło macierzyństwo.

Kurka leży obok, tuli się. I pewnie się zastanawia, co ta mama tak stuka w tą czarną deskę. Niestety, z bezradności.

bez tytułu