Miesięczne archiwum: Październik 2014

siniaczek

Lekko szary, malutki, na boku brzuszka. Uderzyła się, pewnie w trakcie zabawy. Łobuz.
Strasznie mała rzecz, a gdy go zobaczyłam, w jednej chwili pomyślałam: co jeśli to nie byłby siniak, taki „z zabawy”, efekt dziecięcej beztroski?

Kurka już nie raz dostała po łapkach – za szczypanie, gryzienie, kąsanie. Nie mocno, zazwyczaj wtedy, gdy inne metody (zazwyczaj werbalne) zawodziły. Dopiero po przeczytaniu TEGO zdałam sobie sprawę, że to nie metody zawiodły, tylko ja sama. To straszne, ale dopiero urodzenie dziecka obnażyło to, jak słabą jestem osobą. Zawsze było we mnie pewne wycofanie, nikłe symptomy asertywności – być może jako część okrutnej socjalizacji w grupie rówieśniczej, często podsycana zwykłą nieśmiałością i brakiem pewności siebie – mam wrażenie, że zrobiły ze mnie tak wadliwy egzemplarz matki.

Zawsze byłam wobec siebie bardzo krytyczna; jako dziecko ani ja, ani moja rodzina nie posiadaliśmy zbyt wiele, więc chyba przytłaczała mnie materialna przewaga moich koleżanek i kolegów. Próbowałam nadrabiać ambicjami, rozwijaniem zdolności. Wychodziło różnie.
Na obecnym etapie, mam wrażenie, ze swoje frustracje wywlekam na światło dzienne kosztem mojego dziecka. Zaczynam je postrzegać, jako takie małe, psychiczne siniaki, zazwyczaj wyrządzone krzykiem i złością. Od jakiegoś czasu, Krzyk jest dla mnie jak wypuszczanie powietrza przez wentyl emocji, wprost na psychikę Kurki. Nie popieram krzyku, jako środka dyscyplinującego, traktuję jako formę przemocy, ale jednocześnie nie mogę przestać. Zabrzmi to strasznie, ale przez krzyk zwykłam podkreślać swoją wyższość i poczucie władzy nad moim dzieckiem. Im częściej o tym myślę – że muszę coś zmienić w tej materii, że nie tędy droga, że muszę nad sobą panować – tym częściej reaguje na trudne sytuacje krzykiem. Niemoc opanowania tego uczucia znowu powoduje frustrację i zapętlam się na dobre…

1458705_753704304662564_5631659575391752662_n
Mam ogromne poczucie winy. Nie jest żadnym wytłumaczeniem nadreaktywność dziecka, jego zły humor, nieposłuszeństwo. Traktuje to, jako fatalną porażkę mojego dotychczasowego macierzyństwa.

Choć nie zamierzam siebie tłumaczyć, to mam pewną teorię, zgodnie z którą ten stan umysłu, w którym teraz się znajduję, przyczynia się również wizja kobiety-matki kreowana przez media: supermama, karmicielka z wielkimi piersiami, jednocześnie fit-mama katująca swoje ciało na treningu 7 razy w tygodniu, nie podająca dziecku kukurydzy (bo z GMO), gardząca zupkami ze słoika (no bo jak to tak, gotowca?!!!), stroniąca od fastfoodów (to akurat rozumiem, choć Kurka smak frytek i kotleta wołowego zna), oczywiście w swym lśniącym domu, niczym z katalogu czy ekspozycji sklepowej. To przecież takie oderwane od rzeczywistości…! My, matki, przecież nie jesteśmy chodzącymi ideałami…! nie mamy idealnych ciał, mamy rozstępy i cellulit, małe biusty i nie nosimy kostiumu supermana (a raczej superwoman:-). Tak jak nasze dzieci są różne, tak i my jako matki różnimy się od siebie, nie tylko w aspekcie wychowania i sposobów na okiełznanie swoich dzieci. I żeby nie było niedomówień, a ja nie uznana za feministkę (świetny temat na następny post, nieprawdaż?) tatusiowie są częścią tej różnorodności. Dzięki temu, ze przekazujemy swoim dzieciom wzorce-zazwyczaj bardzo podobne, ale na różne sposoby, uczymy je podobnych rzeczy, ale zróżnicowanymi metodami, nasze dzieci też są różne. Nie chodzi o skrajny indywidualizm, ale podkreślenie odrębności mojego dziecka, wśród innych – każde dziecko ma przecież indywidualne potrzeby i wymagania. Matki też nie mogą być wszystkie takie same, a już z pewnością wszystkie nie są idealne. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że właśnie prawie wszystkie jesteśmy wadliwymi egzemplarzami matek!

Tears-2

Bardzo często powracam do TEGO tekstu.Imponują mi pokłady siły, jakie znalazł autor właśnie po to, by zmienić w sobie coś, co obniżało jakość życia jego i jego rodziny. u mnie nie jest tak, że krzyczę za każdym razem. Przychodzi po prostu spadek formy psychicznej i sama w krytycznym momencie chyba nie chcę poszukiwać alternatywy – krzyczeć przecież jest prościej. Jedyne, co pozwala mi ogarnąć siebie, to przekonanie, że moje dziecko przecież zasługuje na lepszą matkę, lepszą wersję samej mnie, prawda…?

kondolencje

Dziś miał być wpis o siniaczku, ale… gdy zobaczyłam tą wiadomość w mediach, jakoś tak dziwnie we mnie wszystko zamarło, czas się zatrzymał. Blog stroni (raczej, taki był zamysł) od medialnego szumu pudelkowych wieści, ale myślę, że śmierć takich osób, nie wiadomo dlaczego, oddziałuje na nas w jakiś osobliwy sposób.

Chyba niewiele osób wiedziało o tym, że jest tak bardzo chora (?), pewnie większość kojarzy ją z reklam koncernu kosmetycznego lub dwójkowego, kiczowatego serialu. Mimo wszystko jakoś ta śmierć dotyka nas bezpośrednio. Być może dlatego, że przecież była tak młodą osobą, piękną kobietą (choć ostatnimi czasy, chyba nikt nie miał wątpliwości, że podupada na zdrowiu, chociażby ze względu na jej wychudzoną sylwetkę). To, co przeczytałam dziś na portalach społecznościowych, trafne aż nazbyt: była twardą osobowością, a jednak nie celebrytką.

Zostawiła trójkę dzieci – to ich mi naprawdę szkoda, utraciły bardzo ważny element swojego dotychczasowego życia.

tdgdfrxyh9502e64f68dd3547852

Szczere kondolencje dla rodziny. Myślę, że wielu z nas będzie jej brakować – jako postaci, aktorki, nawet jako pani z reklamy, ot tak, po prostu.

w poszukiwaniu własnego miejsca

Siedzę dzisiaj sama z Kurką. Dzień dla nas, dzień na rozmyślanie. Bo nie musi kipieć obiad, nie trzeba sprzątać, chlastać szmatą po oknach.

Od pewnego czasu odczuwam coraz silniejszą potrzebę zmiany. A właściwie ZMIANY przez duże Z. Zmiany pracy, otoczenia, przyzwyczajeń, rytmu dnia. Może nawet miejsca zamieszkania. Generalnie, zaczęło się od przytłaczającego uczucia marnowania się w pracy, potęgowane wiecznym powtarzaniem teściowej, że przecież stać mnie na cos dużo lepszego, że przecież jestem ambitna, zdolna, że powinnam szukać czegoś bardziej… prestiżowego…? No właśnie, moja praca jest czysto zarobkowa i głównym problemem nie jest to, że jej nie lubię, tylko świadomość, że jest zupełnie inna niż moje wyobrażenia na temat miejsca w którym chciałabym się teraz znajdować. Ona po prostu nie daje mi tego czegoś magicznego – SATYSFAKCJI. Właśnie w tej kategorii praca może być dla mnie prestiżem i luksusem – jeśli spełniam się w tym co robię; wyznacznikiem nie jest garsonka i własne biurko, wypasiony identyfikator, a nawet uznanie w oczach innych.

Mieszkamy w obecnym miejscu od dwóch lat. Odkąd jesteśmy razem, towarzyszyło nam widmo spełniającej się przepowiedni w postaci przeprowadzki – najpierw wymagała tego moja praca, potem praca Małża. Chyba nigdzie nie zagrzaliśmy miejsca dłużej niż na dwa lata. Być może tutaj tkwi problem – może potrzebuję nowych doznań, świeżości nowych miejsc, nowej sytuacji.

Niestety, poczucie zmiany bywa przytłaczające. W naszym wypadku – ani nie mamy czasu na zmiany, ani też bardzo kluczowego w tym wszystkim elementu – funduszy na tyle pokaźnych, aby móc sobie pozwolić na zmiany. Myślę, że oboje tego chcemy i oboje czujemy frustracje z brakiem możliwości w tym zakresie. Mimo, ze nie rozmawiamy ze sobą na ten temat.

W ogóle ostatnio rozmawiamy bardzo mało. Mijamy się. W drodze do lub z pracy.

Kiedyś braliśmy pod uwagę osiedlenie się w Bieszczadach. Często wraca do mnie ta myśl, a im częściej, tym bardziej użalam się nad swoim obecnym położeniem. Powiesz, drogi Czytelniku: przestań się nad sobą pastwić, zacznij działać!!!! Gdyby to było tak proste – jadę, rzucam wszystko. Ale tak nie można.

ksowa

Jestem głęboko przeświadczona o tym, że to nie jest moje miejsce, ale skoro nie mam innego…?